12. Port Augusta i Wadlata Outback Muzeum. Port Augusta to miasto w Południowej Australii, które stanowi ważny węzeł komunikacyjny. Większość podróżników wyrusza stąd na północ w kierunku Ayers Rock i Alice Springs, na zachód przez Nullarbol do Australii Zachodniej i na Południe w kierunku Adelaide i Melbourne. Ryż jest zbożem o specyficznych wymaganiach klimatycznych – kiełkuje w temperaturze 10–15°C, do kwitnienia potrzebuje temperatury 22–30°C, aby dojrzeć potrzebuje ok. 20°C. Ryż mokry wymaga do rozwoju co najmniej 2 miesięcy o temperaturze powietrza ponad 20°C, ryżowi suchemu wystarcza temperatura 18°C przez 3 miesiące. Dziękuję ci bardzo za to! Ta prosta strona zawiera dla ciebie Words Of Wonders Guru Jezioro w Afryce; Niasa odpowiedzi, rozwiązania, solucje, przekazywanie wszystkich słów. Jest to jedyne miejsce, którego potrzebujesz, jeśli utkniesz z trudnym poziomem w grze Words Of Wonders Guru. 4) San Teodoro i okoliczne plaże. San Teodoro, miasteczko znajdujące się w północno - wschodniej części wyspy to jeden z najpopularniejszych kierunków wakacyjnych na Sardynii. Niewiele ponad 20 km dzieli San Teodoro od Olbii, gdzie znajduje się jedno z czterech międzynarodowych lotnisk wyspy. Słone Jezioro W Afryce Krzyżówka. Jeziorko, jeziorzysko, zalew, zastoisko, szot: Słone jezioro w usa (płd. KLASA 4 wirtualna lekcja 11 from paniodgegry.blogspot.com Skrzynia do prac na dnie jeziora ★★★ namuł: Lista słów najlepiej pasujących do określenia płytkie słone jeziorko: Endoreiczne słone jezioro w stanie nevada, (usa) njarasa: Source: brainly.pl Krzyżówka zagadka Wysowa-Zdrój. 49°26′30″N21°10′26″E. Z Wikipedii, wolnej encyklopedii. Wysowa-Zdrój [a] ( łem. Высова, do 2003 Wysowa [4]) – wieś uzdrowiskowa w południowej Polsce, w województwie małopolskim, w powiecie gorlickim, w gminie Uście Gorlickie. Miejscowość znana jest z leczniczych wód mineralnych . W latach 1975–1998 1swN. Do Rwandy zawsze miałam słabość. Kraj tysiąca wzgórz. Przeczytałam sporo książek na jego temat i wszystkie oczywiście koncentrowały się wokół ludobójstwa w 1994 roku. Rwanda kojarzy się jeszcze z gorylami górskimi, i to chyba tyle - a mnie zawsze zastanawiało, jak tam naprawdę jest, bo od tragedii ludobójstwa jednak minęło ponad 20 lat, a w mediach o Rwandzie właściwie nie słychać. Nawet o gorylach bardziej się mówi kontekście konfliktu w Demokratycznej Republice Konga, bo to tam są one najbardziej zagrożone. No i tak się złożyło, że Rwanda będzie moim domem od przyszłego roku. Poleciałam więc z T. na długi weekend zrobić rekonesans, zobaczyć, czego się możemy spodziewać. Z Johannesburga do Kigali leci się 4 godziny. Narodowe linie Rwandy RwandAir mają przyzwoite samoloty i dobrą opinię. Rzeczywiście, lot był punktualny, obsługa bardzo przyjemna, jedzenie w porządku, a pilot był Szkotem ;-) Lotnisko w stolicy Rwandy jest niewielkie, ale funkcjonalne. Przez kontrolę paszportową przeszliśmy bez problemu, a czekając na bagaż byliśmy świadkami, jak obsługa lotniska bezceremonialnie wprowadza w życie jedno z najciekawszych praw, z jakim się zetknęłam: zakaz wwożenia plastikowych torebek. Słyszałam o tym już jakiś czas temu, ale byłam ciekawa, czy rzeczywiście tak jest, czy tylko na papierze. Spotkałam w ostatnich latach wiele osób, które wspominały swoje wizyty w Rwandzie bardzo pozytywnie i wszyscy zaznaczali, jak tam jest czysto, zwłaszcza jak się podróżuje po regionie i wjeżdża do tego kraju samochodem z któregoś z krajów sąsiednich. Od razu wiadomo, że jest się w Rwandzie, bo na ulicach czy trawnikach nie ma nawet najmniejszego papierka, a drogi są asfaltowe i bez dziur. Na lotnisku grupka trochę jednak zaskoczonych turystów wypakowywała pospiesznie zakupione w strefie bezcłowej w Johannesburgu wina i książki, by oddać plastikową torbę. Nie jestem tylko pewna, co się potem z tym skonfiskowanym plastikiem dzieje, ale na pewno kiedyś się dowiem :-) Lotnisko w Kigali Rwanda to państwo wielkości Macedonii, bez dostępu do morza, ale za to na granicy z DR Konga znajduje się wielkie Jezioro Kivu (o którym w następnym wpisie). W stolicy Kigali mieszka ok. miliona ludzi. Populacja kraju to nieco ponad 11 milionów dusz, co przy niewielkich rozmiarach czyni Rwandę obszarem bardzo gęsto zaludnionym - ponad 400 osób na km2 (28 miejsce na świecie; dla porównania - w Polsce to 123 osoby). Widać to bardzo dobrze, bo każdy najmniejszy skrawek każdego wzgórza jest zaorany albo zarośnięty bananowcami. Niestety nie mam zdjęć z Kigali, bo je niechcący skasowałam... Będziecie więc musieli uruchomić wyobraźnię ;-) W tej chwili panuje pora sucha, więc Kigali jest trochę zakurzone, a trawa zbrązowiała. Przy temperaturze ok. 25 stopni nie jest to jednak szczególnie uciążliwe. Rwanda to nie tropiki, stolica leży na wysokości 1500 m podobnie jak Pretoria, więc nawet w porze deszczowej nie jest tu nieznośnie wilgotno. Klimat Rwandy jest więc przyjemny, temperatura przez cały rok jest mniej więcej taka sama. Rzeczywiście nie udało mi się zauważyć żadnego śmiecia na ulicach. Skąd takie zdyscyplinowanie obywateli? A stąd, że prezydent Paul Kagame trzyma wszystkich krótko. Znajoma wyprowadziła kiedyś psa, który postanowił załatwić potrzebę numer dwa na trawniku. W okamgnieniu pojawił się policjant z kałachem, by dopilnować, że nic z psich odchodów nie zostanie, i przy okazji zrugać właścicielkę, że nie upilnowała zwierzęcia w porę. W każdą sobotę panie w białych gumowych rękawiczkach wychodzą na ulice miast i ze śpiewem na ustach przeczesują chodniki i trawniki w poszukiwaniu papierków czy gum do żucia. Pod względem politycznym Republika Rwandy to ciekawy twór - coś w rodzaju ukrytej dyktatury, gdzie na pozór jest demokracja, ale w rzeczywistości prezydent ma wszystko i wszystkich w garści. Wielu poczytuje mu to za wielką zaletę, bo dzięki takiej polityce udało mu się opanować kraj po ludobójstwie i stworzyć pojęcie Rwandyjczyka. Jakby zapytać przypadkowego człowieka, czy jest Hutu, czy Tutsi, to odpowie, że jest Rwandyjczykiem. W sytuacji, gdy musisz żyć nadal obok ludzi, którzy zasiekli maczetą twoją rodzinę, trzeba chyba coś w sobie zablokować, by przetrwać i nie pałać ciągłą żadzą zemsty... Nie chcę się jednak rozpisywać na razie o polityce, bo to temat rzeka i będę go zgłębiać, jak już tam zamieszkam (i stworzę nowy blog). Wracając więc do Kigali - miasto jest oczywiście zbudowane na wzgórzach i nie jest szczególnie piękne, ale też nie odstrasza. Ta czystość i porządek na pewno pomagają. Wszechobecne są tzw. moto - małe motocykle, które stanowią główny transport publiczny. Autobusy i minibusy też są, ale moto to najtańsza i najszybsza opcja. Niektóre z tych pojazdów wprawdzie wyglądają, jakby miały się zaraz rozlecieć, ale póki jeżdżą, to jeżdżą, i nikt się nie czepia. Najlepiej jednak mieć własny kask, bo choć każdy kierowca ma zapasowy dla klienta, nie wiadomo, jak długo jest w użyciu i na czyjej głowie wcześniej się znajdował... Kultura jazdy w Rwandzie jest mniej więcej taka, jak na całym kontynencie: jak jest miejsce, to się wpychamy, a jak nie ma, to też się wpychamy, tylko przy okazji trąbimy. Kierowcy nie zważają na przejścia dla pieszych, a piesi zdają się nie widzieć pędzących samochodów i przechodzą tam, gdzie im najwygodniej. Na szczęście nigdzie nie da się rozwinąć dużej prędkości, bo nawet jak jedzie się z górki, to zaraz jest pod górkę, plus zakręty, bo jednak jakoś trzeba te wszystkie wzgórza objechać. Mapa Kigali wygląda trochę jak przekrój pnia drzewa, drogi wiją się i tworzą okręgi, rzadko się przecinając. W stolicy zderzają się dwie rzeczywistości: afrykańska i zachodnia. Supermarkety są, ale to, co w nich znajdziemy, to trochę loteria. Rwanda to kraj rolniczy, nie ma tu przemysłu ani naturalnych surowców, więc większość towarów jest importowana - ceny w związku z tym są wręcz londyńskie. W jednym z większych supermarketów w Kigali obok stoiska z mięsem, głównie smętnie wyglądającymi królikami i kurczakami, stoi na przykład wieszak z męskimi bokserkami, a obok niego skrzynki z butelkami Coca Coli. Nie jestem pewna, jaka za tym stała logika ;-) Jak ktoś bardzo lubi sery, to w Rwandzie będzie cierpiał. Lokalne wyroby niestety nie są specjalnie zjadliwe, a dostępność serów zagranicznych jest niewielka i są bardzo drogie. Wina z RPA i Europy można kupić, ale dostępne są tylko te najsłabsze (i głównie słodkie) i kosztują majątek. Ale za to można dostać na przykład różne gatunki bananów, w tym takie, z których robi się wielkie frytki, bo nie są słodkie :-) No i lokalne piwa są całkiem przyzwoite, a ciemne piwo o pięknej nazwie Virunga Mist smakuje naprawdę nieźle. Wino bananowe produkowane przez zakonnice okazało się również zaskakująco zdatne do picia - smakuje trochę jak sherry, trochę jak port, choć chwilę po spożyciu pojawia się w ustach posmak bananów ;-) Jako że Chińczycy ostro inwestują na całym kontynencie afrykańskim, niemal wszystkie nowe budynki i te będące w budowie (a w Kigali placów budowy jest sporo) to właśnie chińskie dzieła. Koszt takich budów jest stosunkowo niewielki, tempo powstawania nowych domów szybkie, więc pewnie w przyszłym roku nie poznam stolicy Rwandy, bo to, co obecnie jest szkieletem lub dziurą w ziemi, będzie już apartamentowcem. Inny chiński akcent to absolutnie niewiarygodny dwupoziomowy sklep, w którym wszystko jest Made in China. Można tu dostać właściwie wszystko, od wszelakich wyrobów plastikowych (ale nadal pakowanych w papierowe torby przy kasie) jak miski, pudełka do przechowywania żywności, poidła dla kurczaków czy gigantyczne sztuczne kwiaty, poprzez ryż, suszone algi i całą gamę chińskich specjałów (w tym wielkie i oczywiście plastikowe baniaki jakiegoś spirytusu, który wyglądał na napój śmiercionośny), aż po meble, buty, zasłony, i diabli wiedzą, co jeszcze. Aha, na przykład wspomniane już wino bananowe oraz importowane wina z Francji czy RPA, różne dziwne wódki, tequile, whisky itd. Te półki z alkoholami znajdowały się, rzecz jasna, w zupełnie przypadkowym miejscu, gdzieś pomiędzy trocinami a plastikowymi wiadrami. Można w tym sklepie na pewno znaleźć różne skarby, jak się dobrze poszuka ;-) Do tego wszystkiego dochodzą kawiarnie i restauracje, które mogłyby znajdować się w Paryżu czy Brukseli. Choć Rwanda mocno wyparła się swojego frankofońskiego kolonialnego dziedzictwa w sferze rządowej (dołączyła w Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, choć brytyjską kolonią nigdy nie była, i zmieniła język urzędowy na angielski), to porządne croissanty można dostać bez problemu. Modne kawiarnie i bistro wyrastają jak grzyby po deszczu, a prowadzone są głównie przez ekspatów, którzy jednak zatrudniają Rwandyjczyków i w ten sposób wprowadzają ich w świat zachodniego kapitalizmu. Odwiedziłam kilka takich miejsc i muszę przyznać, że było to bardzo pozytywne doświadczenie. Koncepcja własnego biznesu to nadal novum w Rwandzie, choć do kraju wracają także wykształceni na Zachodzie młodzi przedsiębiorcy, którzy angażują się w nowe projekty i zakładają różnego rodzaju start-upy. Rwanda ma ambicje zostać Singapurem Afryki. Jako że nie ma tu żadnych surowców i przemysłu, rząd postanowił zainwestować w technologie. I tak dzięki światłowodom internet jest tu 9 razy szybszy, niż w dużo bardziej rozwiniętej RPA (sprawdzone przy pomocy jakiejś magicznej aplikacji na iPadzie). Głównie dlatego, że do Rwandy dotarło już 4G. W związku z tym w kawiarniach znajdziemy ludzi pracujących na laptopach, ewentualnie siedzą oni ze swoimi Macami w jednych z kilku centrów coworkingu. Wprawdzie zdecydowana większość z nich to biali ekspaci pracujący dla którejś z licznych organizacji pozarządowych, wolontariusze czy biznesmeni, ale intencją jest wprowadzić w ten świat Rwandyjczyków. Z pocztówki zrobił się przydługi list, więc na koniec jeszcze jedna obserwacja: mieszkańcy Rwandy nazywani są przez sąsiednie kraje smutnym narodem. Rzeczywiście, są dużo poważniejsi i bardziej stonowani, niż Afrykańczycy z innych krajów. Mało się uśmiechają, nie podnoszą głosu, robią swoje i nie wchodzą w zbędne rozmowy. Na białych, czyli muzungu, nie zwracają specjalnej uwagi (poza Kigali, w drodze nad Jezioro Kivu, wzbudzaliśmy nieco większe zainteresowanie, zwłaszcza że jeden kolega miał problemy żołądkowe i musiał co jakiś wyskakiwać z samochodu w krzaki; ludzie przerywali wtedy pracę czy spacer, by sobie na niego w milczeniu popatrzeć). To może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale jednak nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Czułam się w Kigali bardzo bezpiecznie, Rwanda to zresztą obecnie chyba najbezpieczniejszy kraj Afryki. Wieczorem mogłam bez problemu iść pieszo do restauracji oddalonej o 15 minut spaceru, nikt mi nie zawracał głowy. W kolejnym wpisie będzie o wycieczce nad Jezioro Kivu - i będą też zdjęcia! ;-) Australia pomiędzy Sydney i Adelaide, różni się od standardowego wizerunku, który często mamy przed oczyma. W tej części przeważa krajobraz lasów, gór, słonych jezior, pięknego wybrzeża a nawet lasów deszczowych. Południowo wschodni kraniec Australii to mekka dla miłośników przyrody, gdzie w tutejszych parkach narodowych nie brakuje rodzimej flory i fauny. Blue Mountains National Park Park Narodowy Gór Błękitnych leży niedaleko Sydney i pewnie z tego powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych parków Australii. Wpisany na listę UNESCO rezerwat, porośnięty jest lasami eukaliptusowymi, nad którymi unosi się niebieskawa mgła. Park jest ogromnym płaskowyżem ze spektakularnymi klifami, wąwozami i wodospadami. Najsłynniejsza formacja skalna o pieszczotliwej nazwie „trzy siostry”, według legendy Aborygenów, to siostry Gunnedo, Meenhi i Weemala, które za flirtowanie z trzema zalotnikami, zostały zamienione przez ojca w skały. Park jest nie tylko idealnym miejscem dla miłośników pieszych wycieczek i sportów ekstremalnych jak np. wspinaczkę skał, okolica również nadaje się na zwiedzanie rowerem. ♦ Szlaki do przejścia: de Three Sisters Walk, de Cliff Top Walking Track, Grand Canyon Track. ♦ Punkty widokowe: Govetts Leap Lookout, de Gordon Falls Lookout, Pulpit Rock. ♦ Szlaki rowerowe: Burramoko Ridge (Hanging Rock) cycle trail, Narrow Neck Mt. Kościuszko National Park Chcesz zdobyć najwyższą górę Australii: Mt. Kościuszko, musisz tu przyjechać. W parku jest wiele szlaków wędrownych, z których rozciągają się piękne, górskie widoki. Jeśli szukasz więcej przygód, możesz pojeździć górskim rowerem, wspiąć się po skałach lub nawet zwiedzić jaskinie. Zimą, w Thredbo lub Perisher, istnieje możliwość jazdy na nartach. Wilsons Promontory National Park Park leży na południowym krańcu Australii. Wilsons Promontory to obszar gęstych lasów deszczowych, opuszczonych plaż i dużej ilości dzikich zwierząt. To idealne miejsce z dala od miast, świetnie nadające sie na aktywny wypoczynek. W parku znajduje się kilka szlaków turystycznych o łącznej długości ponad 80 kilometrów. ♦ Najbardziej popularny szlak to wspinaczka na Mt. Oberon, skąd możesz podziwiać spektakularne widoki na zatokę Waratah. ♦ W parku jest również możliwość uprawiania sportów wodnych: pływanie, snorkeling i surfing. ♦ Jedną z plaż, która mogę polecić jest Squeaky Beach, która swą nazwę zawdzięcza skrzypiącemu piaskowi. Grampians National Park Grampians znajduje się na południowym zachodzie stanu Wiktorii i choć jest prawdziwym rajem dla alpinistów, często odwiedzany jest przez fanów górskich krajobrazów i zainteresowanych sztuką rysunków naskalnych. Oprócz aktywnego wypoczynku, możesz tu również zobaczyć unikalne malowidła Aborygenów lub ochłodzić się w MacKenzie Falls. Dla poszukiwaczy ekstremalnych przygód, istnieje możliwość wspinaczki wysokogórskiej, spływu kajakowego i nocne safari w tutejszych lasach. ♦ Szlaki do przejścia: Pinnacle trail, Grampians Peak trail, Wonderland Loop walk, Mac Kenzie Falls. ♦ Punkty widokowe: Boroka lookout, Already Lookout, Balconies ♦ Warto też zajrzeć do jednej z lokalnych restauracji, gdzie nie brakuje regionalnych potraw. Mungo National Park Park pomimo tego, że wpisany jest na listę UNESCO jest rzadko odwiedzany. Mungo leży dosłownie w szczerym polu, około 110 km od Mildury. Prowadzi do niego droga gruntowa, która podczas ulewnego deszczu, może być nieprzejezdna. W samym centrum parku leży wyschnięte, słone jezioro Mungo, które jest szczególne ze względu na szczątki ludzkie, znalezione tu w 1969 roku. Mungo Lady i Mungo Man, tak nazwano te znaleziska, mogły mieć nawet lat. Główną atrakcję parku jest Walls of China. Ogromna wydma o długości 33 km, skąd rozciąga się rozległy widok na okolice. ♦ Najlepsza pora odwiedzin, przy zachodzie słońca, kiedy formacje piaskowe przybierają piękną, czerwoną barwę. ♦ W drodze do parku, prawdopodobieństwo zobaczenia emu, wallaba czy kangura, jest duże. Flinders Rangers National Park Flinders Rangers często jest nazywany bramą do „czerwonego serca” Australii, co wcale nie dziwi. Jedyna prosta droga do rezerwatu, biegnie przez opuszczone, pustynne równiny. Krajobraz parku dominują czerwone klify, wyróżniające się intensywnymi kolorami i ogromny „amfiteatr” Wilpena Pound. Surowy krajobraz Flindersa skrywa w sobie ślady Aborygenów i jest jedynym miejscem, gdzie możesz spotkać żółtonogie kangury wallaby. Park świetnie nadaje się na piesze wędrówki. Przyjemne temperatury panują tu od maja do grudnia. ♦ Polecam wycieczkę z tutejszym rangerem, zwiedzisz okolicę niedostępną dla turystów. ♦ Możliwy jest również widokowy przelot nad Wilpena Pound, widoki zapierają dech w piersiach. Może znacie inne miejsca, które warto polecić w tej części Australii? Przegląd Poprzedni Następny Aby uzyskać informacje na temat cen, zaloguj się tutaj. Komentarz Numer zamówienia: 8810 Kraj pochodzenia: Republika Poludniowej Afryki Beschaffenheit: 0,2-2,0mm Wielkość pojemnika: 10kg Tematyka: 1 Kg *Należy zwrócić uwagę, że zawartość masowa jest równoważna "zawartości minimalnej". Towary w workach są dostarczane na podstawie zamówionej ilości. Na przykład: Ilość zamówienia: 10kg = rozmiar worka 10kg. W razie potrzeby dostawę można podzielić na kilka toreb. Jednak w tym przykładzie produkt nie jest podzielony na 10 worków po 1 kg każdy. Mówi się, że Azja Południowo-Wschodnia to idealne miejsce, by rozpocząć przygodę z podróżowaniem z plecakiem na własną rękę. Dlaczego akurat ta część świata? Przedstawiam 10 powodów, dla których warto odwiedzić Tajlandię, Kambodżę, Wietnam oraz Laos. Wielka Pętla Azji Południowo-Wschodniej Jedzenie Azjatycki street food jest jednym z mocnych argumentów za odwiedzeniem tej części świata. Mnogość dań przyrządzanych w oka mgnieniu przez ulicznych sprzedawców, często specjalizujących się w jednym daniu od lat, to prawdziwa gratka dla kulinarnych podróżników. Niewielkie odległości między krajami sprawiają, że można doświadczyć różnych tradycji kulinarnych oraz poznać ich wzajemne przenikanie się. Kulinarna podróż powinna obejmować Bangkok oraz Hanoi. Warto również rozważyć udział w warsztatach kulinarnych. Dowiedz się, co zjeść w Tajlandii, Wietnamie, Kambodży, na wyspie Penang. (ARTYKUŁY O JEDZENIU POJAWIĄ SIĘ WKRÓTCE! Polub bloga na FB i bądź na bieżąco!) Pad Thai w Bangkoku Jest tanio Co prawda znajdą się tacy, którzy powiedzą, że Tajlandia nie jest już tak tania jak kiedyś, niemniej jednak trzeba przyznać, że ceny noclegów, jedzenia oraz wielu atrakcji nadal są bardzo atrakcyjne. Wielką Pętlę przez Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę można zrobić, wydając na miejscu 100 zł za osobę na dzień. To dużo mniej niż podczas wakacji nad Bałtykiem 😉 Dwudniowy rejs po Mekongu za niecałe 100 złotych! Łatwa logistyka Logistyka podróżowania przez te kraje jest łatwa. Istnieją oficjalne ceny za przejazd czy atrakcje. O wiele rzadziej spotkaliśmy się z próbami naciągania niż w Ameryce Środkowej, Południowej czy Afryce. W wielu miejscach znajomość języka angielskiego jest na przyzwoitym poziomie, w innych wystarczy, żeby zorganizować najważniejsze elementy podróżniczej układanki – nocleg, jedzenie, przejazd. Na krótkich dystansach życie ułatwia także Grab, czyli azjatycki Uber. Nocny autobus z Bangkoku do Chiang Mai Różnorodność religijna i kulturowa Polska jest krajem homogenicznym pod względem narodowym i religijnym. Pierwsze, co rzuca się w oczy po przyjeździe do Azji Południowo-Wschodniej, to różnorodność kulturowa i religijna. Obok siebie współwystępują buddyzm, lokalne wierzenia, islam, zdarzają się zgromadzenia chrześcijańskie. Szczególnie piękne świątynie można znaleźć w Bangkoku, Chiang Mai, Luang Prabang, Phnom Penh. Wymieniając świątynie, nie sposób pominąć kompleks Angkor Wat, który niektórzy zwiedzają pełny tydzień! Świątynia w Luang Prabang Architektura Różnorodność kulturowa Półwyspu Indochińskiego przejawia się w formach architektonicznych. W wielu miejscach, oprócz lokalnych stylów, widać wpływy chińskie, japońskie oraz kolonialne. Architektoniczna mozaika jest niezwykle bogata. Wielki Pałac Królewski w Bangkoku, kolonialna architektura Luang Prabang czy Hoi An, Pałac Królewski w Phnom Penh, metropolie Wietnamu – Hanoi oraz Ho Chi Minh, to absolutne punkty obowiązkowe Wielkiej Pętli po czterech wymienionych krajach. Pałac Królewski w Phnom Penh Piękne plaże Zwykle to właśnie piękne plaże przyciągają tłumy turystów do Tajlandii. Popkultura poprzez filmy takie jak „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio czy bondowski „Człowiek ze złotym pistoletem” z Rogerem Moore’em wprowadziła tajlandzkie plaże do masowej świadomości. Trzeba jednak dodać, że ładne plaże można znaleźć także w Wietnamie, np. na wyspie Phu Quoc. Pobyt w tej części świata koniecznie musi zawierać kilka dni relaksu na plaży o bielutkim piasku i turkusowej wodzie. Warto jednak wybrać te mniej uczęszczane, np. na Koh Lanta. Plaża na Koh Lanta Natura Przemierzając Azję Południowo-Wschodnią, możesz znaleźć piękne tarasy ryżowe, lasy deszczowe, góry, niezwykle malownicze zatoki oraz bogaty świat podwodny. Widoki bardzo często zapierają dech w piersiach! W podróż warto wkomponować trekking przez dżunglę, nurkowanie oraz rejs po wyspach i zatokach. Angkor Wat Duże kontrasty Drapacze chmur w centrach miast istnieją obok miejsc, w których o poranku budzi pianie koguta. Z wielkich autostrad i obwodnic można dostrzec bawoła, który orze pole. W czasie podróży można zaobserwować wiele skrajności. Na to wszystko nakładają się jeszcze różnice między krajami i regionami. Rozwój Tajlandii i Wietnamu kontrastuje z sytuacją w Laosie czy Kambodży. Fascynujące jest doświadczenie odmienności sąsiadujących ze sobą krajów. Wycieczka rowerowymi rikszami. Dramatyczna historia regionu Historia krajów Półwyspu Indochińskiego to nie tylko historia lokalnych władców czy panowania mocarstw kolonialnych. Ostatnie 60 lat bardzo mocno doświadczyło tę część świata. Wojna wietnamska, tajna wojna na terytorium Laosu i Kambodży oraz pozostałe po niej niewypały bomb, czy wreszcie – reżim Pol Pota i Czerwonych Khmerów odcisnęły potężne piętno na współczesności krajów w tym regionie. Warto dowiedzieć się więcej, zanim wyruszy się w podróż. Pamiątka z Wietnamu Niewiele o tym krajach wiemy W Polsce niewiele czasu w mediach poświęca się krajom Azji Południowo-Wschodniej. A szkoda, bo tamtejsze państwa rozwijają się w niezwykle dynamiczny sposób i stanowią coraz ważniejsze miejsce na mapach gospodarczych i geopolitycznych. Zdecydowanie widać fazę wznoszącą oraz coraz większą obecność Chin. Łączna liczba ludności Tajlandii, Wietnamu, Kambodży i Laosu wynosi niemal 200 milionów! Gdyby ktoś był zainteresowany wydarzeniami na świecie, o których niewiele słychać w naszych mediach, polecam podcast Dział Zagraniczny. Podróż przez Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę pozwala poszerzyć perspektywy poznawcze i wyjść poza europocentryczny punkt widzenia świata. Hue w Wietnamie Więcej artykułów z naszej podróży przez pół świata znajdziesz tutaj Wymieniłem tutaj pięć miejsc, które najbardziej mi się spodobały w dotychczasowej podróży. Uważam, że warto je odwiedzić będąc w Azji południowo-wschodniej. Mam nadzieję, że wam się spodobają. ANGKOR To starożytne miasto świątyń, wpisane na listę UNESCO i położone w Kambodży. Myślę, że jeśli widziało się Angkor to żadne inne świątynie nie mogą się z nim równać. Angor ma 400km kwadratowych powierzchni liczące ponad 100 świątyń, z czego najpopularniejsze jest Angkor wat (wat – świątynia). Każda z tych świątyń jest z innej epoki i inaczej wygląda. W świątyni Bayon wykuto w kamieniu ponad 200 twarzy Buddy. W innej, cały teren świątyni jest porośnięty drzewami, co wygląda niesamowicie. Jeszcze inna jest zbudowana na wodzie. Niektóre są mocno zniszczone i została z nich kupa kamieni. Codziennie tłumy turystów wstają o 4 rano by zobaczyć wschód słońca na tle świątyni Angkor wat. BUNAKEN Bunaken to mała wyspa na północy wyspy Sulawesi, w Indonezji. Jest to super miejsce do oglądania życia podwodnego. Można tam zobaczyć wiele zwierząt morskich, od centymetrowych koników morskich, przez stada kolorowych ryb do żółwi morskich czy grupy barakud. Jednym z plusów tego miejsca jest to, że na wyspie jest bardzo mało turystów więc nie ma tłoku i jest cicho. Tam nie istnieje ruch drogowy. Jest to też świetna okazja na zrobienie kursu nurkowego, bo naprawdę warto. Sama wyspa ma około 3km długości i jest na terenie morskiego parku narodowego. GARDENS BY THE BAY GARDENS BY THE BAY to duży park na południu Singapuru. Główną atrakcją parku są duże zamknięte ogrody botaniczne. Jeden pokazuje roślinność górską tropikalną, a drugi z różnych rejonów świata. W tym pierwszym bardzo fajnie odtworzono klimat górski. Stworzono tam sztuczny wodospad i jest tam o wiele zimniej niż na zewnątrz. W parku zbudowano również ogromne sztuczne drzewa, pomiędzy którymi rozpięto mosty. Wieczorem drzewa są podświetlane przez pół godziny i gra muzyka. Polecam wjechać na szczyt najwyższego drzewa bo można ze szczytu zobaczyć panoramę miasta. KINABATANGAN Kinabatangan to druga najdłuższa rzeka Malezji, nad którą rośnie dzika dżungla. To najlepsze miejsce na doświadczenie prawdziwej dżungli. Tam nie ma ścieżek, chodzi się drogami wytyczonymi przez słonie. Można pływać po rzece oraz obserwować faunę i florę. Jedną z najlepszych rzeczy, które można tam robić to nocny trek po dżungli. Mi najbardziej podobały się wycieczki łodzią. Na jednej z nich zobaczyliśmy stado 30 słoni przeprawiających się przez rzekę z młodymi. Oprócz tego zobaczyliśmy masę makaków i dwa orangutany. Mieszkaliśmy u lokalnej rodziny, która wynajmowała pokoje i sama organizowała wycieczki po rzece i do dżungli. IJEN IJEN to aktywny wciąż wulkan na wyspie Java, w Indonezji. Na dnie krateru są złoża siarki skąd lokalni pracownicy wynoszą ją na górę. Spróbujcie wynosić 100 kg siarki w środku nocy, pod górę. Za 100 kg siarki płacą im 8 dolarów. Na Ijen wspina się w środku nocy by zdążyć zobaczyć wschód słońca i niebieskie płomienie, które pojawiają się na dnie krateru i można je zobaczyć tylko w nocy. Po wschodzie słońca można podziwiać jezioro siarkowe na dnie krateru którego woda ma turkusowy kolor.

jezioro w poludniowo wschodniej afryce